Ostatnio głośno było o Potulicach przy okazji obchodów 60-rocznicy powrotu do miasta
"dzieci z Potulic". Postanowiłem przybliżyć ten nie wszystkim znany wycinek historii Czeladzi. Gestapo na początku 1943 r. przygotowywało się intensywnie do zlikwidowania antyhiltlerowskiego podziemia na terenie Zagłębia. Głównie działanie likwidacyjne pod kryptonimem "Aktion Oderberg" przeprowadzono w sierpniu 1943 r., w Czeladzi dokładnie w nocy z 11 na 12 sierpnia. Tej nocy wywiezion 76 czeladzkich rodzin, dorośli powyżej 16 roku życia trafili do KL Auschwitz a dzieci do obozu w Potulicach pod Bydgoszczą.
Początkowo obóz hitlerowski w Potulicach koło Nakła spełniał funkcję
obozu zbiorczego dla ludności polskiej wysiedlanej z Okręgu Gdańsk
– Prusy Wschodnie. Spośród 1297 osób zmarłych w obozie, których
nazwiska ustalono, 767 to dzieci. Od 1943 r. utworzono dla nich
nawet specjalny oddział. W dokumentacji obozu pojawiła się wówczas
nazwa „Ostjugendbewahrlager Potulitz” lub Lebrechtsdorf.
Dzieci z „obozu opieki” czy „obozu zatrzymań” zostały odebrane rodzicom i poddane
w dużej części wynarodowieniu1. Wiele dzieci przyszło na świat w obozie. Ich los był szczególnie trudny, bo osłabione matki często nie miały pokarmu, a mleka w obozowej kuchni
było zawsze za mało. Niemowlęta urodzone w obozie ważyły około 1 kg i umierały z głodu
po kilku tygodniach. Nie ma pełnego wykazu dzieci urodzonych w Potulicach, ale ze sprawozdań
obozowego lekarza kierowanych co dwa tygodnie do Centrali Przesiedleńczej wynika,
że w czasie danych dwóch tygodni zawsze odnotowywano w kartotece kilka nowych
narodzin.
Po ukończeniu dwunastego roku życia dzieci były kierowane do pracy poza obozem. Musiały
pracować nawet na nocnej zmianie. Pod opieką kapo szyły i naprawiały odzież wojskową, czyściły cegły do budowy, nosiły deski i kamienie znad Kanału Bydgoskiego do nowego obozu, uczestniczyły w pracach rolnych w okolicznych majątkach niemieckich, ładowały i rozładowywały ziemniaki, drewno, węgiel na dworcu w Bydgoszczy. Dzieci powyżej sześciu lat musiały brać udział w pracach porządkowych wewnątrz obozu. Ponadto zbierały gałęzie, chrust i pokrzywy do obozowej kuchni. Za drobne przewinienia kazano im klęczeć na sosnowych szyszkach. Gdy padał
deszcz, strażnicy stali pod parasolami, a dzieci mokły. Razem z kapo szły do lasu, gdzie zbierały chrust lub jagody. Kapo kazał im pokazywać języki. Jeżeli były choć trochę granatowe, dziecko bito bykowcem. Część dzieci poddawano badaniom rasowym i wywożono w głąb Rzeszy. Bez względu na porę roku dzieci uczestniczyły w apelach, stojąc po kilka godzin w bieliźnie,
często bez butów. Nie zapewniano im dachu nad głową w czasie dezynfekcji, nawet jeśli
był mróz. Za drobne przewinienia były bite i maltretowane. W jednej z wielu zachowanych
relacji na ten temat czytamy: „Z głodu wraz z moim sześcioletnim kolegą wziąłem dwa albo
trzy ziemniaki, które chcieliśmy sobie upiec w popielniku. Zauważył to z wartowni jakiś Niemiec,
który wybiegł za nami. Po odebraniu nam tych ziemniaków zabrał nas do wartowni
i tam Niemcy bardzo nas pobili. Bito nas gumami, w czasie tego bicia zemdlałem. Odzyska
łem przytomność na skutek bólu, jaki poczułem w stopie prawej nogi. Stwierdziłem wówczas,
że część Niemców trzyma mnie, a jeden z pozostałych rozpalonym do czerwoności pogrzebaczem
wypala mi w stopie otwór. Zacząłem z bólu bardzo krzyczeć i straciłem ponownie przytomność.
Odzyskałem ją w piwnicy, w której było bardzo ciemno. Wraz ze mną osadzono
tego kolegę. Po pewnym czasie wypędzono nas z tej piwnicy. Później dowiedziałem się, że to
był bunkier pod pałacem potulickim. W punkcie opatrunkowym zalano mi ranę jodyną”3.
Również z innych relacji dzieci wynika, że za przynoszenie jarzyn i owoców z pola karano
głodówką, bito bykowcem lub trzciną po twarzy, zamykano na kilka dni w bunkrze,
w którym była woda po kolana. Pobyt w karcerze był również trudnym doświadczeniem
psychicznym. Panowały tam ciemności, a widok umierających z wycieńczenia i w wyniku
pobicia więźniów, którzy nie mogli nawet bronić się przed szczurami, był dla dzieci traumatycznym
przeżyciem. Na skutek wyczerpania część dzieci później chorowała i umierała.
W obozie potulickim znajdowały się dzieci przywiezione tam wraz ale
dzieci traktowane jak „samodzielni więźniowie”, pomimo że miały od dwu do czternastu lat. 5
listopada 1943 r. przybył do Potulic transport 542 dzieci z rejonu Smoleńska i Witebska. Najpierw
przekazano je do obozu w Oświęcimiu, a następnie, po oddzieleniu od rodzin, do Potulic.
Dzieci te, w wieku od dwu do czternastu lat, z powodu epidemii tyfusu trzymano w oddzielnych
barakach ogrodzonych drutami, w strasznych warunkach. W czerwcu 1944 r. większość z nich
skierowano do pracy na roli w pobliskich gospodarstwach rolnych. Panowała tam ostra dyscyplina.
Dzieci, które zachowywały się głośno, pozbawiano obiadu. Za brak posłuszeństwa karano je
klęczeniem przez całą noc na tłuczonym szkle. Ciężka praca i złe wyżywienie jeszcze bardziej
wycieńczyły młode organizmy. Stosowano też tortury psychiczne. Katarzyna Stiepanowa tak wspomina
swój pobyt w Potulicach: „Niemcy robili zdjęcia przy jedzeniu. Wówczas na stół stawiano
dobre dania, kapustę, kaszę, chleb, których dotąd nigdy nie widzieliśmy. Po zrobieniu zdjęć nie
pozwolono nam nic wziąć z postawionych dań”4. Z relacji wynika również, że od dzieci pobierano
bardzo często krew – barak dziecięcy traktowany był jako swego rodzaju stacja krwiodawcza.
W sierpniu tegoż roku wywieziono z Potulic do Łodzi jedynie 433 małoletnich więźniów. Co się
stało z resztą dzieci – nie wiadomo. Ustalono, że 39 zmarło w obozie, gdyż w księdze zgonów
znajdujemy ich nazwiska. Jaki był los pozostałych siedemdziesięciorga dzieci, nie wiemy.
Opiekunem dzieci był więzień Wojciech Jopek. Pełnił on funkcję tzw. kinderkapo. Przybył
do Potulic z KL Stutthof. Był to człowiek o wyjątkowo sadystycznych skłonnościach. Bił
i „pławił” dzieci w basenie przeciwpożarowym. Utrzymywał surowy reżim, który miał skłonić
dzieci do uległości. Za znęcanie się nad więźniami, a w szczególności nad dziećmi, Sąd
Powiatowy w Toruniu w listopadzie 1946 r. skazał go na karę śmierci.
Według relacji lekarza obozowego dzieci te były wychudzone, blade i niedożywione.
Spały w baraku na ziemi, na siennikach pod kocami. Nie miały odpowiedniego ubrania,
stosownego do pory roku. Umierały z powodu żółtaczki zakaźnej, szkarlatyny, krwawej biegunki
i innych chorób. Szczególnie niebezpieczny był dla nich dyfteryt. Szpital obozowy nie
dysponował skutecznymi lekami. Jedno z dzieci tak wspomina pobyt w szpitalu obozowym: „W szpitalu leżeliśmy po dwóch
w jednym łóżku »na waleta«. Kuracja trwała dwa tygodnie i wyszedłem ze szpitala szczęśliwie.
W tym czasie każdego dnia ktoś umierał. Pamiętam dziewczynkę, moją rówieśnicę, nazywała
się Zofia Chojnacka. Pewnego wieczoru przyszło dwóch nieznajomych panów i pani. Byli w białych
fartuchach. Zrobili jej na siłę zastrzyk. Rano już nie żyła i wyniesiono ją do kostnicy”. W obozie
potulickim aplikowano często zastrzyki w klatkę piersiową, po których puchły ręce, oczy, piersi,
bolała głowa, występowała silna temperatura, wymioty, pojawiały się wrzody na całym ciele
oraz brązowe plamy. Dzieci często po tych zastrzykach umierały. Jedna igła musiała starczyć dla
pięciu osób. W opinii byłych więźniów zastrzyki te, nawet jeśli miały być szczepieniami ochronnymi,
podawane w taki sposób stwarzały ciągłe ryzyko zakażenia się różnymi chorobami.
Z zachowanych dokumentów obozowych wynika, że od 4 sierpnia 1944 r. do obozu w Potulicach
zaczęły przybywać dzieci m.in. z Czeladzi, Trzebini i Sosnowca. Jedna z list zawiera
spis 78 dzieci, z których najstarsze miało czternaście lat, a najmłodsze dwa. Zajęły barak opuszczony
przez dzieci rosyjskie i białoruskie. Były głodzone, maltretowane, bite i kopane przez obsługę
obozu, kierowane do wyczerpującej pracy przy zbiorach buraków cukrowych, ziemniaków,
kopaniu okopów. Gdy próbowały odpoczywać, krzyczano na nie, wyzywano od „dzieci
bandytów”, popychano kolbami karabinów, bito po twarzy. Spały po czworo na pryczy pod
jednym kocem, który stale był mokry. Każde z nich miało wszawicę i świerzb, dlatego strzyżono
je do samej skóry. Z powodu niedożywienia i złych warunków większość chorowała. Niemowlętami
opiekowały się starsze dzieci. Prowadzona przez administrację obozu korespondencja
wskazuje, że dysponentem ich losu był Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA). Dzieci
przewożone z obozu do obozu miały być nauczone języka niemieckiego i po zerwaniu więzów
uczuciowych z rodziną przeniesione do odpowiednio dobranych rodzin niemieckich.
Z relacji świadków wynika, że były przypadki mordowania dzieci w obozie i poza nim. Nazwisk
tych ofiar nie ustalono. Jeden ze świadków zeznał: „Wczesną wiosną 1944 r. nawoziłem
i bronowałem łąki opodal byłego obozu w Potulicach, tuż za Kanałem Bydgoskim, który oddzielał
niski wał ochronny od strony Nakła. Podczas tych prac słyszałem płacz dzieci, a kiedy podjechałem
tuż do kanału pod sam wał, zatrzymałem konie i zainteresowany spoza rosnącej wikliny
widziałem drugi brzeg około pięćdziesięciometrowego kanału, a ponad nim stojący samochód
ciężarowy o napędzie gazowym. W pobliżu samochodu w zaroślach kręcili się strażnicy obozowi
oraz trzech cywilów z opaskami. Jeśli się nie mylę, to opaski były koloru zielonego, podobne albo
takie same, co nosili »Grenzschutz«. Jeden z tych cywilów rzucał dzieci do wody, a drudzy rzucali
w nie cegłami, przy czym wyglądali na bardzo zadowolonych. Tak więc troje małych dzieci zginęło
w nurtach kanału. Mogły mieć po 7 lat. Dwoje było w sukienkach, a jedno w spodenkach” 8.
Dzieci w Potulicach były dziesiątkowane przez tyfus i czerwonkę. Umierały z braku opieki
lekarskiej, wreszcie z powodu bicia i maltretowania. Większość dzieci miała bardzo ograniczony
kontakt z rodzicami, co również odbijało się na ich stanie zdrowia. Zdarzało się, że matki wysyłane
na wiele tygodni do pracy poza obozem po powrocie nie rozpoznawały własnych dzieci.
Spośród 1297 osób zmarłych w obozie potulickim, których nazwiska ustalono, 767 to
dzieci. W świetle prawa międzynarodowego hitlerowska administracja obozu potulickiego
łącznie ze strażą obozową (Wachmannschaft) winne są ludobójstwa w formie bezpośredniej
lub w formie współudziału. Z wyliczanych czynów, które Konwencja w sprawie zapobiegania
i karania zbrodni ludobójstwa uchwalona przez Zgromadzenie Ogólne ONZ 9 grudnia 1948 r.
poczytuje za zbrodnie ludobójstwa, w Potulicach były stosowane wszystkie – od zabójstwa do
przymusowego przekazywania dzieci w akcji germanizacyjnej, z wyjątkiem punktu dotyczącego
stosowania środków mających na celu wstrzymanie urodzin w obrębie grupy.
Zaraz po wyzwoleniu miasta czterech mieszkańców Czeladzi : Wiktor Parka, Jan Polak, Teofil Kowalik i Władysław Bazior podążyli za frontem do Bydgoszczy, odnaleźli i przywieźli nasze dzieci do domu.
Na podstawie tekstu "Dzieci Potulic" ALICJA LICJA PACZOSKA OBEP IPN GDAŃSK – DELEGATURA W BYDGOSZCZY i "Pamięci dzieci Potulic" ECHO CZELADZI 03/2005 BARBAR KRUCZKOWSKA.